Już samo bycie w związku jest drogą nieustannych kompromisów i przeciągania liny raz w jedną raz w drugą stronę. Jest też oczywiście radością i szczęściem z bycia razem i długimi dystansami pokonywanymi razem każdego dnia.  A bycie w związku z kolarzem-amatorem jest jeszcze większym wyzwaniem dla obojga :-)


Tak sobie myślę, że kiedyś taki typowy model rodziny wyglądał tak, że mąż szedł do pracy, żona wychowywała dzieci i zajmowała się domem. Przynajmniej tak wyglądała dość spora liczba rodzin. W teraźniejszości w której żyjemy nieco się to pozmieniało. Nasi mężowie nie tylko pracują, pomagają nam w domach, zajmują się dziećmi i wieloma aspektami życia rodzinnego. Coraz częściej też nasi ukochani uprawiają amatorsko sporty. I tak przyglądając się chociażby liczbom startujących w maratonach rowerowych – lista 40+ jest chyba najliczniejsza ;-)

Oczywiście patrząc na to obiektywnie uprawianie sportu jest jak najbardziej zdrowe, trendy a także sprzyja dłuższemu życiu i nie zamierzam tych faktów podważać. ALE!!! No właśnie zawsze jest to małe ale, które sprawia, że jako żona kolarza amatora bardzo zaciekle trenującego mam czasami spory problem ze zrozumieniem tego wszystkiego.

U nas zaczęło się od marudzenia o kupnie nowego roweru. Kiedy w ramach małżeńskiego kompromisu rower został zakupiony (i wiecie nie z tej najniższej półki, bo jak to mógłby być taki zwyczajny), poruszona została kwestia ilości treningów w tygodniu. Jak się szybko okazało jeżdżenie na rowerze dla samej jazdy nie jest dla mojej drugiej połówki tym co tygryski lubią najbardziej.

Tygryski szczególnie te amatorsko-kolarskie lubią rywalizację i osiąganie coraz lepszych wyników, a co za tym idzie:

- zwiększeniem ilości treningów

- startami w maratonach (czyli jeszcze więcej czasu na rowerze)

- zmianą diety (czytaj: Żono dzisiaj potrzebuję więcej węglowodanów a jutro mniej – cokolwiek to ma znaczyć ;-))

- zakupem nowych koszulek i spodenek rowerowych, bo maraton jest wymagający w kwestii komfortu szczególnie 4 liter mojej drugiej połówki

- milionem żeli energetycznych, odżywek, proszków zajmujących coraz większą przestrzeń szafki kuchennej.

 

No właśnie od zakupu roweru i treningów 2-3 razy w tygodniu szybciutko przeszliśmy do zakupu większej ilości ciuchów rowerowych niż zwykłych, zajmowaniem coraz większych przestrzeni szafek akcesoriami rowerowymi oraz zwiększeniem ilości treningów do 5 w tygodniu plus oczywiście dodatkowo wyjazdy na maratony.

 

I w tym wszystkim ja. Kobieta, żona i matka trzech cudownych dziewczyn. Pracująca, zajmująca się tym wszystkim czym zajmuje się kobieta: pracą, domem, dziećmi i mój wiecznie trenujący mąż.  

Przekonywanie mnie jak duży zdrowotny wpływ na mojego trenującego ukochanego ma tak częsta jazda na rowerze nabierało coraz mniejszej siły wraz ze wzrostem intensywności jego treningów. Po prostu często czułam się zbyt sama, żeby nie powiedzieć samotna. Do tego trójka dzieci w tak różnym wieku, która jakoś nie chciała podzielić pasji taty ;-)

 

I skłamałabym gdybym powiedziała, że mąż nie zajmuje się niczym innym. Myślę, że nawet zajmuje się większą ilością rzeczy w domu od kiedy zaczął trenować co pewnie wynika z jego podejścia „Oby  żona nie miała powodu do marudzenia, że nie wywiązuję się ze swoich obowiązków męża i ojca” ;-)


 

Prowadziliśmy więc walkę na słowa:  kto robi więcej, kto na co ma czas a na co nie ma. Nie byłam zadowolona. Czasami nawet bardzo nie byłam zadowolona  z jego treningów.  Tym bardziej, że przecież jako kochająca żona powinnam być wyrozumiała, wspierająca i kibicująca mu z całych sił. Czasem bardzo trudne było wytłumaczenie samej sobie, że przecież wszystko da się pogodzić (a pozostali członkowie rodziny raczej w tym nie pomagali – wiecie jak to jest z tym starszym pokoleniem :-))

 

W końcu po wielu dyskusjach i przepychankach ustaliliśmy jak to ma wyglądać. Maż wstawał wcześnie rano, aby zrobić część treningów z samego rana by nie kolidowało to z obowiązkami popołudniowymi. Często robił trening późnym wieczorem, bo było tyle spraw w ciągu dnia. Ustaliliśmy wszystko tak, aby każda ze stron była zadowolona. Planowanie i ustalanie dni treningów, planu zawodów w których chce wziąć udział itd. - cała logistyka.

Maraton rowerowy kolarza amatora

 

I wiecie da się!!! Da się to pogodzić i ustalić.

 

I jeśli mam być tak zupełnie szczera to podziwiam mojego męża za tą determinację, którą czasami musiał się wykazywać. Za to, że ma siłę przed pracą w piwnicy w bloku jeździć na trenażerze by zrobić trening. Że po wieczornym treningu ma siłę wyjść z psem, że pomaga najmłodszej córce w lekcjach, że pomimo tak wielu obowiązków zawsze mobilizuje się do tego by w deszczu czy błocie zrobić ten swój trening. Tak realnie patrząc - jak dużą siłę woli trzeba mieć, żeby to wszystko próbować pogodzić.

I jaka dumna jestem kiedy uda mu się przejechać maraton liczący 80 czy 100 km po górach, błocie, z determinacją jakiej mi zazwyczaj brakuje i której mu zazdroszczę.

 

Życzę Ci mężu osiągania coraz dłuższych dystansów i pokonywania własnych ograniczeń.

Trzymam kciuki za przyszły rok ;-)

 

                                                   Kobieta, żona i matka oraz kibicka męża :-)